Weekend nie był dla mnie szczęśliwy, a miało być tak pięknie… W planie mieliśmy sobotni bal karnawałowy, ale musiało się coś wydarzyć, bo przecież inaczej być nie mogło. Czyżby ten rok mi się pechowo zaczynał?

Sobota, godzina 5.00. Budzę się, ponieważ potworny ból głowy nie daje mi spać. Kręcę się z boku na bok, nawet na plecach próbowałam usnąć, co u mnie graniczy z cudem. Może nad wyraz to napisałam, ale niemożliwe jest, żebym ja usnęła na plecach. Prawy boczek i żadna inna pozycja! Po kilku próbach ponownego uśnięcia, wstaję. Schylam się, żeby podnieść bluzkę, która mi spadła i nagle poczułam ból w okolicach łopatek. W takiej pozycji zostałam przez jakiś czas, bo nie umiałam się ruszyć. Pewnie źle spałam, za chwilę przejdzie, myślę sobie i próbuję rozruszać te moje prawie dwudziestoośmioletnie kości, ale ból mi to uniemożliwił. Nie wiem, jak długo stałam taka pochylona. Mąż smacznie spał, więc kiedy udało mi się, z ciężkim bólem w miarę wyprostować, trzymając się ścian, poszłam Go obudzić. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje.

Po domowych próbach poradzenia sobie z bólem, które nic nie pomogły, pojechaliśmy do szpitala, na Izbę Przyjęć. Modliłam się tylko o to, żebym nie musiała czekać sześć godzin na korytarzu, po czym i tak nikt by mi nie pomógł. W szpitalu skierowali mnie do Ambulatorium. Znów więc pakuję swoje zwłoki do auta i jedziemy. Przyjęła mnie młoda lekarka, która w rozpoznaniu napisała „Ból kręgosłupa”. Kazała wziąć Apap i przepisała plasterki z lidokainą. Pięć plasterków ponad 60 zł.! To dopiero interes!

Przyjechaliśmy do domu. Po nagrzewaniu poduszką elektryczną, ból troszkę ustąpił. Dziś dalej boli, ale głównie łopatka, jakby mnie coś kłuło. Jutro czeka mnie wizyta u mojego lekarza i będzie trzeba chyba jechać na nastawianie kręgosłupa.

A miało być tak pięknie. Dziś miałam jechać na aerobik, w lutym mieliśmy jechać na narty, na lodowisko się wybieraliśmy, a teraz? Teraz to do lekarza się muszę wybrać, taka jest prawda, bo czuję się jak emerytka, a muszę być na chodzie.