W odniesieniu do ostatnich wydarzeń, jakie mają miejsce w naszym życiu, powstał pomysł na wpis, a właściwie na tytuł wpisu, bo resztę trzeba przemyśleć i jakoś posklejać w jedną całość, aby wszystko miało ręce i nogi. A tak naprawdę, to Mąż wymyślił ten tytuł i stwierdził, że będzie on dobry jako tytuł wpisu na bloga, a resztę mam sama rozwinąć, bo Mąż umywa od tego ręce. Cwaniak jeden!

Nasze życie ostatnio jest chaotyczne, pełne nerwowych sytuacji i negatywnych emocji. Staramy się nie zwariować, ale czy tak się da? Kiedy masz rodzinę, która zawsze wie lepiej, z Twoim zdaniem się nie liczy, to czy na dłuższą metę taka sytuacja jest do zniesienia? Nikt nie mówił, że będzie łatwo, owszem, ale człowiek zawsze sobie myśli, że jest na tyle silny psychicznie, iż wszystko wytrzyma, jednak życie potem to weryfikuje. Człowiek nawet najprostsze rzeczy potrafi skomplikować, a problemy zaczynają się od tego, że ludzie nie potrafią zaakceptować zdania innych, nie mają szacunku do innych i nie stać ich na szczerą rozmowę. Nie wiem, czy wynika to z lęku przed tym, jak zareaguje rozmówca? Ale czy cisza, jest dobrym sposobem, na relacje z drugim człowiekiem?

Konsekwencje takiej ciszy i lęku przed szczerą rozmową, mogą mieć wpływ na nasze dalsze życie. Słowa niewypowiedziane, na pewnym etapie życia stają się przeszkodą, w naprawieniu stosunków miedzy dwojgiem ludzi. Im dłużej zwlekamy, tym potem jest trudniej. Powstają różne domysły, dlaczego jest tak, a nie inaczej, człowiek się denerwuje, ale nie stać go na otwartą rozmowę.

Przychodzi w życiu taki moment, że poznajemy kogoś. Ta osoba poznaje naszą rodzinę, rodzeństwo i w jakim świetle jest przedstawiana? Jako rodzina, z którą nie da się żyć? Czy stać nas na to, aby wytłumaczyć drugiej polówce, skąd tak naprawdę wzięły się takie, a nie inne relacje? Czy my sami zastanawiamy się nad tym, w czym tkwi problem? Pomyślmy. Stawiamy rodzinę w nienajlepszym świetle. Nasza partnerka/partner zna tylko jedną stronę i na tej podstawie często wyrabia sobie opinię. Ale przychodzi czas ślubu i co wtedy? Co zrobić, jeśli brata/siostrę ma się jednego/jedną, a jeszcze nie mamy z nimi dobrego kontaktu? Przecież do ślubu potrzebni są świadkowie! I problem znowu powraca, bo rodzeństwa nie chcemy za świadków, a znajomi z jakiegoś powodu nie mogą nimi być. Rodzina zaczyna naciskać na młodych, że jak to?! Brata/siostry nie weźmiesz za świadka? Co ludzie powiedzą!? I taka osoba staje przed kolejnym dylematem, bo rodzina patrzy tylko na to, żeby ludzie nie gadali, a oni i tak będą gadać, obojętnie, jak by się nie zachować, czego by nie zrobić. W końcu zaciskamy zęby, przymilamy się jakiś czas, robimy podchody, że niby wszystko jest w porządku, nagle postrzegamy rodzeństwo, jako kogoś „normalnego”, z kim zawsze mieliśmy dobry kontakt i prosimy na świadków. Tylko, dlaczego mamy wrażenie, że to wszystko jest takie piękne na chwilę, taka poprawa kontaktów, że po weselu wszystko wróci do „normy”? Może dlatego, że już nie raz się sparzyliśmy? Czy bierzemy pod uwagę, jak musi w tym wypadku czuć się osoba, poproszona na świadka?

Dochodzę do wniosku, że życie robi z nami, co chce. To ono dyktuje warunki, a my musimy się do nich dostosować, bo jeśli tego nie zrobimy, znowu będziemy tymi najgorszymi.