Nie pojechałam na pogrzeb. Nie uważam, że powinnam była to zrobić. Jak żegnać kogoś, kogo się nie znało? Bo przecież my się praktycznie nie znaliśmy, mimo, że jesteśmy spokrewnieni. Za dziecka kilka razy się widzieliśmy, a teraz minęło już tyle lat. Przecież ja nawet nie wiem, jak on wygląda, a on nie wie, jak ja wyglądam, co się ze mną dzieje, gdzie mieszkam, jak żyję. Nic o mnie nie wie.

Zmarł młodo, raczysko go zabrało, jak większość ludzi ostatnio. Ten rak, to okropne choróbsko, przychodzi nieproszony, zajmuje kawałek po kawałku ludzkiego ciała. Czasem wolniej, a czasem bardzo mu się spieszy, żeby wykończyć człowieka. Kiedy dowiedziałam się, że umarł, przykro się zrobiło, ale nie uroniłam łzy, żyję dalej tak, jak wcześniej. Ciężko to trochę wytłumaczyć, bo mogę wyjść w oczach innych na nieczułą, zimną osobę, co serca nie ma, ale nasze drogi dawno się rozeszły na dobre, jeśli kiedyś w ogóle było nam po drodze.

Pamiętam, jak jako dziecko jeździłam z mamą do babci. Wsiadałyśmy w pociąg, a ja miałam frajdę, że mogę patrzeć przez okno, jak drzewa szybko uciekają. To znaczy, wtedy wydawało mi się, że to jest szybko. W Opolskim moja mama ma rodzinę. Tam się urodziła i wychowała. To do babci głównie jeździliśmy, Jego w ogóle nie pamiętam. Próbuję otwierać każdą szufladkę w moim mózgu, odpowiedzialną za wspomnienia, ale tylko imię pamiętam. Żadnych innych wspomnień, wyglądu twarzy, zachowania, kompletnie nic. Po co więc miałam jechać na pogrzeb? Żeby być? Żeby inni mnie widzieli, żeby rodzina nie gadała? Może tego właśnie tego ode mnie oczekiwano? Pewnie tak, ale mam swoje zdanie i swój pogląd i uważam, że nie postąpiłam źle.

Pogrzeb, to ostatnie pożegnanie, ale jak można się z kimś żegnać, kiedy nawet się nie przywitało, a przynajmniej nie w ostatnich kilkunastu latach?

*Zdjęcie z Wikipedii.