DSCN8211Te Święta były zupełnie inne, ponieważ spędzone w terenie ;) W tym roku postanowiliśmy nie jechać do rodziców, a spędzić ten czas w nieco inny sposób. Plany jak zawsze były ambitne, ale przez pogodę na ambicji często się kończy. W jeden dzień mieliśmy jechać w góry. Trasa już wybrana, tylko te zapowiedzi pogody nie były najlepsze. Pan Marek Omelan się nie miał dla nas dobrych wieści. W niedzielę wiatr był tak silny, że góry, a nawet rower odpadły. Poszliśmy więc na spacer, zawsze to coś.

Jednak w poniedziałek, wybraliśmy rower, bo w górach pogoda szybko się zmienia. Mąż wymyślił, żebyśmy pojechali do Skoczowa, na Kaplicówkę. zrobiłam więc obiad znacznie wcześniej. Przygotowałam prowiant na drogę, zaopatrzyliśmy się też w kawkę i niezbędnik rowerzysty, to znaczy pompkę do roweru i dętkę na wszelki wypadek. Zabraliśmy kurtki z kapturami, bo pogoda za oknem troszkę niepewna była i obowiązkowo aparat. Tak wyposażeni ruszyliśmy w drogę. Już po przejechaniu kilku kilometrów, maż chciał zrobić zdjęcie, kiedy spostrzegł, że zgubił aparat. Musiał wyskoczyć z torby, na nierównej drodze, a że torba była na ramię, z klapą zapinaną na rzep, bokiem sobie aparat wyskoczył. Wróciliśmy rozpoczynając poszukiwania, ale na szczęście nie trwały one długo. Znalazłam aparat na środku drogi. Postanowiliśmy kontynuować wycieczkę. Pogoda jednak co chwilę się zmieniała, Zaczynało już coraz mocniej padać, ale kiedy chcieliśmy wrócić, wychodziło słońce i tak cały czas, aż w końcu dojechaliśmy do celu ;) Troszkę pobłądziliśmy, bo jechaliśmy całkiem bocznymi drogami, ale się udało. Kiedy zobaczyliśmy tabliczkę „Skoczów”, gęby się uśmiechnęły, a mąż jaki dumny był! Teraz jeszcze czekało nas wjechanie na Kaplicówkę. To było nie lada wyzwanie, ale udało mi się, wjechałam na samo wzgórze :) Tam był DSCN8214 zasłużony odpoczynek. Po czym trzeba było wracać, bo droga jeszcze długa przed nami. Z powrotem pojechaliśmy inną trasą, wzdłuż rzeki Wisły. Spokojna alejka, na której można spotkać mnóstwo rowerzystów, a którą przejechaliśmy bezpiecznie spory kawałek drogi, omijając dwupasmówkę. Nad rzeką, już co odważniejsi w kąpielówkach siedzieli na kocach, a kobiety opalały się w strojach kąpielowych.

Taka wycieczka, to się dopiero nazywa świętowanie. A po powrocie chłodne piwko świetnie wlazło. Zmęczenia nie czułam, ale teraz już wiem, że muszę się zaopatrzyć w wygodne siodełko, bo czterech liter nie czuję, albo wręcz odwrotnie. Dupsko czuję aż za bardzo, usiedzieć nie umiem. Tym oto sposobem pokonaliśmy w obie strony 60 km, jak na razie, to nasz rekord :)