Zaczęło się od pasji. Leżymy już sobie z mężem w łóżku, po obejrzeniu kolejnego odcinka Prawa Agaty. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co lubimy robić, a co pozwalałoby nam się jednocześnie rozwijać. Doszłam do wniosku, że nie mam takich pasji, no bo czytanie książek, akurat takich, które ja czytam, nie pozwala się bardziej rozwinąć. Szukam w swojej głowie, sięgając najdalej, jak się da i nagle mnie olśniło. Eureka! Przecież ja piszę bloga, a on powoduje, że pewnych rzeczy uczę się na nowo. Większego rozwoju z niego nie ma, ale kto wie? Może kiedyś? A może to tylko złudzenia?

I tak od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać o ludziach niepełnosprawnych i o chorobach nowotworowych, o tym co byśmy zrobili, jakbyśmy się dowiedzieli, odpukać! że jesteśmy chorzy. Próbowaliśmy się postawić w takiej sytuacji. Czy mielibyśmy siłę walczyć? Czy w ogóle chcielibyśmy walczyć, skoro są małe szanse na wyleczenie? Bo powiedzmy sobie szczerze, że mało kto wyszedł z takiej choroby. Ciężko jest sobie wyobrazić siebie, w takiej sytuacji. Wiadomo, że człowiek wtedy może liczyć wyłącznie na siebie, bliskich i ludzi, którzy zechcą mu pomóc, ale kiedy ktoś raz pomoże jednej osobie, rzadko zrobi to drugi raz i znów trzeba szukać, prosić i błagać wręcz. Czy mielibyśmy na to siłę?

Zastanawialiśmy się też, czy może być jakaś granica w pomaganiu komuś, bo na przykład, są ludzie, którzy pomagają przesyłając pewną kwotę pieniędzy danej osobie, a są ludzie, którzy poświęcają się każdego dnia, pomagając bezpośrednio w organizowaniu jakiś zbiórek, kombinując, gdzie tu jeszcze uderzyć. Poświęcają swój czas i stają na głowie, żeby pozyskać pieniądze potrzebne do leczenie danej osoby. Lubię pomagać, ale dla mnie tu już jest granica. Mogę przesłać czasem komuś jakieś pieniądze, czy oddać jakąś rzecz na licytację, ale nie czuję się dobrze w organizowaniu  różnych zbiórek, czy festynów, nie mam na tyle odwagi, nie wiem, gdzie uderzyć, dla mnie jest to też ogromny stres, ogromna odpowiedzialność, której się boję. Chociażby praca w takiej fundacji. Dla mnie, to już za dużo.  Nie chodzi tu o to, że uważam, że za dużo się robi, aby komuś pomóc, ale ja nie mam na tyle siły i odwagi, dla mnie samej to jest za dużo, przerasta mnie to. Są ludzie, wygadani, obeznani, z pomysłami, którzy się do tego nadają.

Jeszcze jedna sprawa nas zastanowiła. Może pod wpływem mediów, które co jakiś czas mówią o tym, że gdzieś, ktoś kogoś oszukał, że miał pomagać, a okazało się, że nie wszystkie pieniądze, które udało się zebrać, trafiły właśnie do tej potrzebującej osoby? Chociażby niedawno mąż, czekając ze mną w poczekalni do lekarza, przeczytał pewien artykuł, dotyczących zbierania nakrętek po butelkach, w celu kupna wózka inwalidzkiego chorej osobie. Co się okazuje? Że ludzie zbierają nakrętki, bo skoro w taki prosty sposób mogą pomóc, myślą sobie, czemu nie? Ktoś, kto organizuje taką zbiórkę (nie wiem, czy są to jakieś firmy, czy instytucje), musi zebrać tyle zakrętek, żeby zmieściły się w tirze. Wtedy za takiego tira mają płacone 15 tyś. Teoretycznie te pieniądze powinny iść  na pomoc osobie lub osobom, potrzebującym, ale okazuje się, że zakupiono wózek za na przykład 5 tyś., a co z pozostałymi dziesięcioma tysiącami? Czy dziś mamy pewność, stuprocentową, że nasza pomoc rzeczywiście w pełni trafia do osób potrzebujących? Chociażby takie fundacje, do których zgłaszają się ludzie chorzy. Skąd one mają pieniądze na utrzymanie się? Za co opłacają rachunki, kupują odpowiedni sprzęt? Czy wszyscy w niej pracujący, pracują tam w formie wolontariatu? Nie oceniam nikogo, tylko głośno się zastanawiam, jak to wszystko działa, bo przecież takie fundacje, też raczej nie mogą liczyć na pomoc Państwa. Jeśli ludzie wpłacają pieniądze na wsparcie jej, to czy są one wystarczające, aby mogła ona dalej działać? Daleko szukać nie trzeba, przypomnijmy sobie chociażby Klinikę Budzik. Wydawało się, że przestanie istnieć i spełniać swoją rolę, a jednak się udało. Nie wiem dokładnie, jak, ale się udało.

Zadaję więc sobie pytanie, co ja bym zrobiła, gdybym dowiedziała się, że nie daj Boże jestem chora na raka? Dziś mogę nad tym rozmyślać i być niemal pewna, co by było gdyby, ale moje myślenie mogłoby się zmienić, gdybym znalazła się w takiej sytuacji. Mam jednak nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie.