Okularnikiem jestem od dziecka. U nas prawie każdy w domu nosił okulary. Prawie, bo tata nie musiał, jednak i na Niego przyszła kolej. Pamiętam, że jako dziecko miałam takie plastikowe oprawki, z większymi szkłami. Dużego wyboru wtedy nie było, a te „lepsze” kosztowały sporo. Musiałam się zadowolić tym, co było. Tak więc od małego mam cztery oczy, jak to zawsze dzieci przed blokiem wołały, a one potrafiły dowalić, jak nikt inny. Często było mi przykro, kiedy rówieśnicy dokuczali, ale te czasy na szczęście minęły.

Pamiętam, jak z mamą chodziłam do okulisty. Kontrola była chyba co pół roku, rok. Zawsze był pewien schemat. Przychodziło się do przychodni, rejestrowało Pani wyznaczała termin wizyty. Kiedy ten dzień nadszedł, znów przychodziło się do przychodni i czekało się, czekało… Dla mnie, dziecka, wszystko trwało strasznie długo. Nie umiałam sobie znaleźć miejsca, wierciłam się na krześle w poczekalni, jakbym owsiki w tyłku miała. Co chwilę pytałam mamę, czy teraz my będziemy wchodzić? Kiedy wreszcie była nasza kolej, usiadałam na specjalnym krześle. Najpierw czytałam z daleka literki, zasłaniając jedno oko, potem drugie, a jaka dumna byłam, kiedy dobrze przeczytałam ;) Następnie lekarz założył mi takie dziwne okulary, do których wkładał różne szkła, a ja miałam powiedzieć, kiedy wyraźnie widzę. Było też świecenie do oczu światełkiem. Pamiętam twarz lekarza, która zawsze wtedy znajdowała się blisko mojej, co mnie trochę stresowało. Najbardziej jednak nie lubiłam kropienia oczu atropiną. One same mi się zamykały i był problem z wpuszczeniem kropel. Potem znowu to czekanie i ponowne wejście. Tak wyglądały wizyty.

Dlaczego o tym piszę? Bo dziś dalej jestem okularnicą i pewnie nią pozostanę, ale widzę, jak wszystko się zmieniło. Lekarze nie przywiązują już takiej wagi do badania. Chociaż sprzęt mają lepszy, często robią wszystko po łebkach. Kiedyś lekarz mierzył rozstaw źrenic i zapisywał go na receptę. Dziś okuliści nie zaprzątają sobie głowy, to należy do optyków. I tu pojawia się problem. Ostatnio byłam wybrać sobie nowe oprawki, bo parametry szkieł się nie zmieniły. Upatrzyłam sobie nowe bryle i Pani mierzy mi rozstaw źrenic, z oczu i do sprawdzenie z okularów, co się okazało? Że z oczu mam rozstaw 56, a z okularów 62 i tak cały czas miałam źle dopasowane szkła. Zgłupiałam w tym momencie. Pani nie mogła mi zrobić rozstawu od razu na te 56, bo bym się źle czuła. Uzgodniłyśmy, że zrobi mi rozstaw źrenic na 60. Te dwa milimetry różnicy nie zrobią, a stopniowo będzie się wracało do odpowiedniego rozstawu.

Tak więc dzisiaj mam odebrać nowe okulary i mam nadzieję, że teraz wszystko pomału wróci do normy. Zastanawiam się tylko, czy nie lepiej było, aby to okulista robił takie pomiary? Przecież okulary są po to, żeby leczyć oczy, korygować wzrok, a tymczasem okazuje się, że ja cały czas miałam źle dobrane szkła, przez co mój wzrok nie był korygowany.