Jak ten czas szybko mija, znowu nastał ten znienawidzony przez wielu poniedziałek. Ale tak to jest, że wszystko, co dobre szybko się kończy. Pogoda w ten długi weekend niezbyt była przyjemna i nie zachęcała raczej do wyjścia z domu, ale były przebłyski słońca, które postanowiliśmy wykorzystać.

DSCN8296

1 maja wybraliśmy się rowerem do moich rodziców. To zaledwie 12,5 km w jedną stronę, ale zawsze coś, w obie było już 25 km, więc troszkę lepiej to brzmi. Zamiast parzyć się w aucie, pojechaliśmy na kole, każda okazja jest dobra, aby wyciągnąć rower z piwnicy, tym bardziej, kiedy słońce świeci ;)

Sobotę spędziliśmy w domu. Było szaro za oknem, zimno i ciągle padało. Dzień był do niczego, nic nam się nie chciało. Nawet po obiedzie próbowałam zaliczyć drzemkę, ale nie umiałam usnąć. Strasznie nie lubię takich dni, bo stan, jaki mnie wtedy dopada, irytuje mnie. Samej ze sobą jest mi źle. Ani książka nie pomaga, ani ciepła herbata, nawet dobry film, obejrzany z przymusu, bo na nic ochoty nie ma. Został mi jedynie rower stacjonarny, do którego jednak postanowiłam się przekonać.

DSCN8286

Za to wczoraj, kiedy rano otworzyłam oczy i zobaczyłam, że słońce przebija się przez zasłonięte rolety, od razu się uśmiechnęłam i pomyślałam JEDZIEMY :) Termometr, co prawda wskazywał tylko 5 stopni, ale postanowiłam myśleć pozytywnie. Aż dziwne, bo u mnie z optymizmem jest ciężko. Po kilku godzinach temperatura urosła, ale ten wiatr był dość silny. Nie było wiadomo, jak się ubrać. Postanowiłam więc założyć długie jeansy i polar. Zabraliśmy też ze sobą kurtki. Zawsze jedziemy zaopatrzeni. Nawet prowiant mieliśmy ze sobą. Wyruszyliśmy w drogę. W planie była Pszczyna, a potem odwiedziny u mojej siostry, ale w trakcie jazdy plany się troszkę zmieniły. Wiatr jednak był zbyt silny i strasznie zmarzliśmy. Wybraliśmy niebieski szlak, pieszy, ponieważ chcieliśmy ominąć główną drogę, która do Pszczyny jest niebezpieczna. Zresztą co to za przyjemność jechać wśród aut?

DSCN8301

Jechaliśmy głównie polami, gdzie wokół rosło pełno rzepaku. Co chwilę zerkaliśmy do mapy, czy dobrze jedziemy, ponieważ szlaki czasem były tak ukryte, że niektóre pominęliśmy. Inne, w ogóle nie były odnawiane, a tym samym nie były widoczne. Wiatr wiał niemiłosiernie. Ręce na kierownicy marzły, gile z nosa leciały, ale co tam, jechaliśmy dalej. Jadąc, podziwialiśmy widoki i zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić zdjęcie. Nasz stary, cyfrowy nikon, jednak świetnie się jeszcze sprawdza.  Jedziemy, przed nami droga czasem jak w górach, biegi terenowe i do przodu,  a czasem trzeba było dużo siły, żeby pokonać i górkę i silny wiatr, który wiał nam w twarze.  Jednak dojechaliśmy, u siostry wypiliśmy kawę, żeby się wzmocnić i postanowiliśmy wracać, aby czasem jakiś deszcz nas nie zastał. Wracaliśmy już inną drogą, która szybko mi minęła. Jadąc ze średnią prędkością 20 km, gnaliśmy przed siebie, kiedy nagle okazało się, że już jesteśmy prawie w domu :) Tak szybko? Czułam pewien niedosyt, ale ten wiatr nie zachęcał do dalszej jazdy. Zrobiliśmy w ten dzień 40 km. Kiedyś przejechać taką trasę, było dla mnie zadaniem na medal, ale to już nie te czasy, bo przecież teraz, to ja mogę śmigać przed siebie, a zmęczenia nie czuję. Nabrało się kondycji, nie ma co. To chyba ten ostatni wypad do Skoczowa, tak nas wzmocnił ;)

DSCN8299

Muszę powiedzieć, że moje szerokie siodełko, na szerokie cztery litery się sprawdza. Już drugi raz je wypróbowałam, a dupsko nie boli :) To się nazywa komfort jazdy. Gdy wróciliśmy, szukaliśmy kolejnych tras, na następne weekendy, grzejąc się gorącą herbatą. W planie są również Czechy ;) Oby tylko pogoda dopisała.

Ps. Wszystkie zdjęcia są z wczorajszego wypadu :)