ZIP- Zintegrowany Informator Pacjenta. Jak sama nazwa mówi, jest to informator dla pacjenta. Można podejrzeć, ile kosztowało nasze leczenie u dentysty, jaki był koszt ewentualnych zabiegów. Nie trzeba biegać po oddziałach NFZ, żeby sprawdzić kiedy na przykład mieliśmy refundację sprzętu medycznego. To wszystko znajduje się w serwisie, po zalogowaniu.

ZIPOstatnio dość głośno zrobiło się na ten temat, więc postanowiłam razem z mężem założyć sobie własne konto. Mąż pierwszy zalogował się do ZIP. Najpierw ustawienia konta, które wcale nie są takie proste, tym bardziej dla starszych ludzi, dla których taki informator miał być pomocny. Kiedy już przebrniemy przez te ustawienia, możemy sprawdzić kiedy, gdzie i jaka pomoc była nam udzielona oraz ile ona kosztowała. Mąż zaczyna przeglądać swoje konto. Teraz prawdy się dowiemy, pomyślał. Patrzy, a tam: dentysta, dentysta, okulista, lekarz ogólny, znowu dentysta i tak dalej. Mężowi w miarę się wszystko zgadzało. Były jakieś niejasności, ale tego człowiek nie jest już w stanie rozgryźć.

Ja z kolei długo zwlekałam z zalogowaniem się do informatora i sprawdzeniu, ile kosztowało moje leczenie. Kiedy pomyślałam o jednym szpitalu, drugim i kolejnym, o wszystkich wizytach u lekarzy, przerażało mnie to. Zalogowałam się dopiero wczoraj, miesiąc po tym, kiedy uzyskałam hasło do swojego konta. Ciekawa, ale również pełna obaw siadam do laptopa. Wchodzę na podaną w informacji stronę i loguję się. W napięciu czekam na to, co zobaczę. Byłam dziwnie niespokojna, jak się po chwili okazało, mój niepokój był uzasadniony. Kiedy miałam z nogę w gipsie, pęknięcie łąkotki, na Izbie Przyjęć w szpitalu lekarz obejrzał ją i postawił diagnozę oraz zarządził gips. Dostałam receptę na zastrzyki i zostałam odesłana do domu. Zdziwiłam się, że nawet zdjęcia mi nie zrobiono. Teraz z informatora dowiedziałam się, że zdjęcie miałam robione, że miałam „unieruchomiony kręgosłup i złamaną kończynę”! Nie mogłam uwierzyć w to, co przeczytałam. 

Następna sytuacja. Wiadomo, że kobieta chodzi do ginekologa, więc tajemnicą nie będzie, że i ja z takich wizyt korzystałam. Najpierw chodziłam na kasę chorych, do naszej przychodni. Moje  wizyty często wyglądały tak, że przychodziłam, siadałam przy biurku lekarza, a ten wypisywał mi kolejną receptę. Z takich wizyt korzystałam około trzech lat. W tym czasie nie miałam zrobionego ani jednego badania USG, ponieważ na moje pytanie, czy lekarz posiada sprzęt do tego badania odpowiedział, że w przychodni nie, ale u siebie w domu, prywatnie tak. (Od położnej, w późniejszym czasie dowiedziałam się, że taki sprzęt jest w przychodni). Badania palpacyjnego też często nie miałam, tak samo jak badania piersi, a co zobaczyłam w informatorze? Że prawie na każdej wizycie takie badania miałam robione: USG, badanie piersi, badanie palpacyjne. Ciśnienie mi się podniosło.

Tak się zastanawiam, po co w ogóle jest taki informator dla pacjenta? Żeby go dobić? Bo okazuje się, że lekarze wypisują bzdury, rzeczy niezgodne z prawdą. Teoretycznie możemy zgłosić błąd, ale wiadomo, teoria swoją drogą, a praktyka swoją. Jak udowodnię, że lekarz mi nie zrobił USG? Jak udowodnię, że nie miałam unieruchomionego kręgosłupa, że nie miałam wykonanych badań, które zostały zapisane najprawdopodobniej w karcie? Bo skądś w systemie ZIP musiały się takie dane znaleźć. Moje słowo, przeciwko słowu lekarza? Przecież w karcie wszystko można zapisać.

*Zdjęcie z www.nfz-poznan.pl