Ten wpis miał się pojawić w poniedziałek, ale ciągle coś mi stało na przeszkodzie aby go napisać. Nie był to ostatnio łatwy czas dla mnie, matki początkującej. Niedawno pisałam, że nie zawsze jest super, fajnie i przyjemnie. Wszystko ma swoje lepsze i gorsze strony.

Jest sobota, godzina 4.00. Syn budzi się na flaszkę. A dlaczego na flaszkę nie na cyca? O tym może innym razem. Widzimy, że coś jest nie tak, bo syn jest cały gorący. Już dzień wcześniej miał stan podgorączkowy, ale przecież u dzieci normalne jest, że temperatura może być wyższa, więc nie panikowaliśmy. Tego ranka jednak synek miał 39 stopni gorączki. Pomiar drugim termometrem potwierdził, że termometr bezdotykowy się nie mylił. Nie ma na co czekać. Jedziemy. Zebraliśmy się z łóżka, jak nigdy od razu obudzeni. Synuś dostał flachę, z której wypił znacznie mniej niż zwykle i był jakiś taki cichy, jakby apatyczny niż zazwyczaj, nawet o tej porze. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i pojechaliśmy na pogotowie. Tam musiałam zwrócić lekarce uwagę, żeby zaczęła ze mną normalnie rozmawiać. Mniejsza jednak o to. Dostaliśmy zalecenia. Z trudem pobrałam synkowi mocz, gdzieś na jakimś sklepowym parkingu i szybko do badania. Wynik okazał się nienajlepszy, więc dostaliśmy leki. Diagnoza? Zapalenie układu moczowego.

W poniedziałek stawiliśmy się u naszej pediatry i dalej szybko wszystko się potoczyło. USG brzuszka i… szpital. Takie malutkie dziecko i już w szpitalu musi leżeć, ale dobrze, że syn był pod opieką. Jak szpital to i badania, bolesne dla dziecka, ale też i matki, bo kiedy słyszę syna płacz zza drzwi pokoju zabiegowego, to aż ciarki przechodzą. Chciałoby się tam wejść i przytulić go, a nie można. Nie przy każdym badaniu mogłam być. 

Obraz dziecka w szpitalnym łóżeczku jest przytłaczający. Myślę sobie, żeby tylko wyzdrowiał i żeby go nic nie bolało. Patrzę na syna i cierpię razem z nim.