W poprzednim poście wspomniałam, że karmię butelką. Nie tak to miało wyglądać, ale nie zawsze mamy wpływ na to, co chcemy. Chcieć a móc to dwie różne rzeczy. Opiszę moją historię z karmieniem.

Zanim zaszłam w ciążę byłam pewna, że gdyby co chcę karmić piersią. Nikt nie musiał mnie do tego przekonywać. Sama wiedziałam, czego chcę, co jest ważne i najlepsze dla dziecka. Przyszedł czas, że mogłam przekonać się, jak to jest. Pod koniec ciąży zaczął pojawiać się pokarm. Ucieszyłam się, bo byłam pewna, że będę mogła wykarmić swojego syna. W pewnym sensie spadł mi nawet kamień z serca, ponieważ mój syn miał dostać to, co najlepsze. Przeciwciała, witaminy, ale też bliskość, która również jest bardzo ważna.

Po porodzie najszybciej jak to było możliwe zaczęłam przystawiać syna do piersi. Mały był „modelem książkowym”, jak opisała go położna, bo bardzo dobrze ssał. W trzeciej dobie obudziłam się z bardzo bolącymi piersiami, a pokarm zaczął ze mnie wypływać. Bolało, ale to także utwierdziło mnie w przekonaniu, że wykarmię syna, że dam radę. Musiałam odciągać pokarm, bo piersi mi chciało rozerwać.

Po wyjściu ze szpitala, dalej synka przystawiałam do cyca. Po dwóch tygodniach, podjechaliśmy do położnej, która przychodziła na wizyty patronażowe, aby zważyć syna. Okazało się, że bardzo słabo przybiera na wadze. Położna radziła go dokarmiać. Przestraszyła mnie. Poczułam się tak, jakbym głodziła swoje dziecko. Mój syn mimo przystawiania do piersi ciągle okazywał, że jest głodny. Jego jak dotąd płacz przerodził się w krzyk okropny. Jak więc mogłam pozwolić, żeby moje dziecko było głodne? Zaczęłam dokarmiać małego. Po dwóch tygodniach okazało się, że synuś zaczyna przybierać na wadze. Cały czas jednak biłam się z myślami czy dobrze robię? Miałam mętlik w głowie, ale też nie chciałam, żeby syn „chodził” głodny. Co ze mnie byłaby za matka?

Nie raz karmiłam zaciskając zęby, bo miałam poranione brodawki. Smarowanie pokarmem lub maltanem nie pomagało. Ból był tak silny, że łzy  mi leciały, ale nie poddawałam się i próbowałam dalej. Płakałam i karmiłam. Skorzystałam nawet z nakładek, ale się nie sprawdziły. Pokarm wylatywał dołem, bo się odklejały. Zaciskałam więc dalej zęby.

Po jakimś czasie pokarm zaczął się tracić. Próbowałam włączyć w ruch laktator i nic. Nawet ręcznie odciągałam pokarm, był troszkę lepszy skutek, a chciałam dodatkowo pobudzić piersi, żeby nie tracić tego, co najcenniejsze. Nic jednak nie pomagało, pokarm tracił się dalej. Przykro mi i ubolewam nad tym do dziś, bo czuję się tak, jakbym na tym etapie swojego macierzyństwa poniosła porażkę. A może mogłam coś jeszcze zrobić? Takie pytania powracają, a syn jest już wyłącznie na butelce.

Niedawno przeczytałam na pewnym blogu wpis na temat karmienia piersią. Był on nawet na głównej stronie Onetu. Matka opisywała, że jej dziecko też nie przybierało na wadze będąc przy cycu, ale się zawzięła i tak karmi już pół roku, a z dzieckiem jest wszystko dobrze. Jednak ja nie potrafiłam patrzeć, jak moje dziecko jest głodne. Czułam się złą matką. Może to kwestia psychiki?