Obudzona ze snu otwieram jedno oko. Zza okna nie widać jeszcze śladów słońca, więc dochodzę do wniosku, że jest wcześnie, jeśli nie bardzo wcześnie. Wyciągam rękę po telefon, aby sprawdzić godzinę. Czwarta rano. Próbuję spać dalej, jednak synek nie pozwala. Wstaję więc, podchodzę do łóżeczka, a tam witają mnie szeroko otwarte, wyspane oczka i uśmiech na buzi. Nie, to niemożliwe – myślę sobie. Jak można być wyspanym o tak wczesnej porze? To przecież ludziska na drugi bok się wtedy przewracają, odlatując dalej w głęboki sen. Co robić? Myślę szybko, ale już w tym czasie uśmiech przeradza się w grymas. Jednak jeszcze za wolno myślałam i syn zdążył zgłodnieć. Ale o czwartej rano nie da się szybciej myśleć, no! Albo po prostu syn był głodny i chciał mnie zbajerować tym uśmiechem? No to mu się udało.

Zakładam kapcie stojące przy łóżku, a po nogach czuję chłód. Br… czuć, że pogoda się zmienia. Jeśli ja już założyłam cieplejszą piżamę do spania, to jest naprawdę zimno. Człapię więc zaspana do kuchni, a w tym czasie tatuś zmienia synkowi pieluszkę. No co jak co, ale dziecko jest wspólne tak? No więc wspólnie trzeba wykonywać przy nim obowiązki.

Robię mleko. Ile to ja dałam miarek? Cztery czy pięć? Na wszelki wypadek nie daję następnej, bo mogłabym przedobrzyć. Dosypuję za to kleiku ryżowego. Syn dostaje go od jakiś dwóch tygodni i chyba mu to pasuje, przynajmniej sprzeciwu nie ma ;) Mieszam mleko i podaję tatusiowi. Przekaz był jasny, tatuś zrozumiał, zresztą nie muszę go nigdy prosić o pomoc, bo sam chętnie to robi.

Kiedy tata karmi synka, ja uzupełniam termos wodą, żeby potem było szybciej. Trochę gorącej wody, troszkę chłodnej i temperatura odpowiednia. Nie muszę później czekać aż się woda zagotuje, następnie ochłodzi, a syn w tym czasie zdąży włączyć syreny, jak do największej katastrofy i obudzić sąsiadów.

Na nasze szczęście, synek przysypia przy końcówce flaszki. To dobry znak. Jeszcze troszkę pośpimy.

Mleko wypite, syn „stracony”. Kładziemy go koło nas, bo kiedy smoczyca wypadnie, to świat się wali i znów jedno na drugie zerka, które pierwsze wstanie, żeby smoka podać. Przytulamy syna do siebie i dosypiamy. Wszyscy są zadowoleni.

Nagle budzi nas ten mały człowiek, który rozpycha się i kręci, jakby był w swoim łóżeczku. Otwieram oczy i witam się z synkiem. Najchętniej, to bym go zacałowała. Potem scenariusz się powtarza, tylko czasami role się zmieniają. Nie zawsze tatuś jest od brudnej roboty.

Tak było jeszcze niedawno. Teraz syn przesypia od dwudziestej do szóstej lub siódmej rano. To się nazywa życie ;)