Często sobie myślałam, że jak ktoś pracuje, to może robić też inne rzeczy. Jeśli się dobrze zorganizować, to znajdzie się czas na książkę, bloga czy też malowanie paznokci, nie mówiąc już o gotowaniu i codziennych obowiązkach domowych, bo na to czas musi być. Dziś, po miesiącu od rozpoczęcia przeze mnie pracy zaczynam rozumieć ludzi, którym brakuje czasu czy też którym nie chce się nic robić. Tak, bardzo dobrze ich rozumiem i zwracam honor!

Kiedy przychodzę z pracy, marzę tylko o tym, żeby sobie usiąść z książką w ręku, odstresować się, zrelaksować. Najgorzej jest, kiedy przyjdę po dwunastu godzinach. Wypompowana na całego, marzę tylko o łóżku. Po chwili leżenia odlatuję i to nie z miłosnych doznać. Rozmawiając, odlatuję ze zmęczenia. Mąż coś do mnie mówi, produkuje się, a ja już śnię nie wiadomo o czym.  Wysiadam kompletnie.

Męża mam kochanego. Kiedy jest w domu, to obiad mam ciepły gotowy. Troszkę role się odwróciły. Dba o mnie, żebym się nie straciła całkiem, a i tak już mnie mało zostało. Troszkę więcej mnie jest w dolnych partiach ciała, jak na złość. Żeby tak wszystko w cycki szło, a z zadka ubywało…Tak więc mąż przejął cześć moich obowiązków, nawet kompot do słoików zrobił, co miło mnie zaskoczyło. Stara się ten mój chłop, pomimo, że to wszystko go wkurza. Moment podjęcia przeze mnie pracy, to już małe piwo, ale to, co się w niej dzieje i jak się dzieje, nie pozwala mu spać spokojnie.

Wybaczcie, że tak mało ostatnio piszę, ale robota mózg mi chyba całkiem wyprała. Przychodzę do domu, to marzę o relaksie, a pomysł na wpis trzeba mieć. Starałam się o tym nie pisać, ale ostatnio moja wena mnie opuściła. Praca sprawia, że myślę głównie o niej. Wybaczcie.