Mam chwilę spokoju. Syn śpi, a ja korzystam z chwili rozsiadając się wygodnie w fotelu. Kawa stoi już na ławie i drażni mój zmysł węchu swoim zapachem. Upijam łyk, ale zbyt szybko, bo parzę sobie przy tym język. Biorę do rąk książkę, którą aktualnie czytam. Cisza jakoś tak dziwnie brzmi, słychać tylko tykanie zegara. Oddaję się lekturze. Myśli jednak krążą to tu, to tam.

Najpierw były kolki. Wieczny płacz syna rozdzierał nam serca. Zbliżało się późne popołudnie, a my już byliśmy pełni strachu. I jak z zegarkiem w ręku, o godzinie 17:00 syn zaczynał płakać. Płacz przeradzał się w krzyk, który zdawał się nie mieć końca. Nic poza tym dla mnie nie istniało, chciałam tylko pomóc synkowi, ulżyć mu jakoś.  Przytulanie, masowanie brzuszka, ciepłe kąpiele na nic się zdały. Pomogły dopiero kropelki, które mógł zażywać po skończonym pierwszym miesiącu życia. Ulżyło nam.

Młody skończył cztery miesiące. Ślini się coraz więcej i wszystko, co ma pod ręką wkłada do buzi. Dosłownie wszystko. Nie ważne, czy to policzek mamy, jej ręka lub też owłosiona ręka taty. Pieluszka czy inne przedmioty, lądują w buzi, gdy tylko są w zasięgu małych rączek synka. Do tego pojawiły się problemy z jedzeniem i stan podgorączkowy. Siedzę w fotelu i rozmyślam o tym, co nas czeka. Kolejny trudny czas przed nami, wszyscy musimy to jakoś przejść. Upijam kawę, która już przestygła. Książkę odłożyłam, bo i tak nie wiedziałam, o czym czytam.

Zęby wychodzą dzieciom w różnym wieku. Pomyślałam sobie, że może spytam mamę, kiedy ja miałam pierwsze zęby, bo podobno od tego też zależy, czy nasze dziecko będzie zęby miało wcześniej czy później. Zaraz jednak uświadamiam sobie, że przecież mama nie będzie tego pamiętała, jak zwykle, gdy pytam o coś, co dotyczyło mojego dzieciństwa. Tak, jakby to nie było warte pamiętania, mniejsza o to.

Czytałam, jak pomóc dzieciom przejść przez ten trudny dla nich okres. Chcę się do tego przygotować, żeby potem nie było paniki i kombinowania na szybko. Gryzaki chłodzą się w lodówce na zmianę. Syn jednak upodobał sobie rączki, jakby mógł, to włożyłby do buzi całą piąstkę. Sachol  też kupiony. Podobno jest to stary, dobry sposób. Dajemy też synkowi różne zabawki, które w razie włożenia do buzi, nie są niebezpieczne. Młody polubił jednak swoją grzechotkę, którą jako pierwszą dostał do zabawy. Podobno można też zmoczyć zimną wodą róg pieluszki i dać dziecku do memłania. Tego jeszcze nie próbowaliśmy, ale syn już chyba o tym gdzieś słyszał, bo co chwilę ma pieluszkę w buzi ;) No i jest jeszcze skórka z chleba.

Siedzę tak sobie w fotelu i dopijam kawę, mając nadzieję, że jakoś przetrwamy to ząbkowanie. Codziennie oglądam synkowi dziąsła, ale nic nie widać. Mąż się śmieje ze mnie, a ja i tak zaglądam i wypatruję tego pierwszego ząbka. W końcu wszystko się może zdarzyć.

Myję po sobie kubek z kawy i idę zająć się synkiem, który właśnie się obudził. Moje rozważania na temat ząbkowania musiały dobiec końca. Mam tylko nadzieję, że damy radę, bo damy, prawda?