Była ich trójka rodzeństwa. Starsza siostra, młodszy brat i Ona, mała blondyneczka o niebieskich oczach. Nieśmiała, skromna, prawie zawsze na uboczu. W domu się nie przelewało, ale też nie brakowało jedzenia. Często rodziców nie było stać, na karuzelę dla dzieci, kiedy te, smutnymi oczami patrzyły na radość swoich kolegów. Gdy pod blok przyjeżdżał Pan z watą cukrową, najczęściej mogły tylko obejść się smakiem albo liczyć, że któreś dziecko ich poczęstuje. Czuła się przez to gorsza i zawsze w takich momentach było jej przykro. Nie rozumiała, dlaczego inne dzieci dostały pieniądze na watę lub lody, a ona nie.

Na urodziny, czy też inne okazje dostawała skromne prezenty. Kiedy inne dzieci cieszyły się wymarzonymi zabawkami i chwaliły nimi, Ona nie miała się czym pochwalić i znów czuła się inna, mniej ważna, nie warta tego, aby się z nią bawić. Kiedy dorastała, była coraz bardziej skryta, jeszcze bardziej trzymała się z dala od innych dzieci, bo czuła, że do nich nie pasuje. Odkąd pamiętała, nosiła okulary, a dzieci wyśmiewały się z niej. „Cztery oczy piąta szyja, okularnik dostał w ryja”- krzyczały. Starała się walczyć o swoje i nie przejmować tymi docinkami, ale było coraz gorzej.

Odkąd pamiętała rodzice nigdy się do siebie nie odnosili z szacunkiem. Zawsze warczeli na siebie, kłócili się albo w ogóle się do siebie nie odzywali. Nie rozumiała, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego nie może mieć normalnej rodziny? Mamy i taty, którzy pokazaliby jej, co to znaczy kochać, nauczyliby ją rozmawiać ze sobą. Nawet w domu była inaczej traktowana.

Nadszedł czas Komunii Św. Cieszyła się na myśl o założeniu pięknej białej sukienki, z falbankami. Ten dzień jednak okazał się dla niej koszmarem, ponieważ nie było białej sukienki. Była za to prosta, lekko pożółkła, po starszej siostrze. Bez falbanek, z koronki. Wstydziła się w niej wyjść, ale pomyślała, że może nie będzie tak źle. Kiedy przyszła do kościoła przekonała się, jak bardzo się myliła. Wszystkie dziewczynki miały szerokie, śnieżnobiałe sukienki, tylko Ona się wyróżniała. Przykro Jej było, wolałaby uciec, jak najdalej, byle nikt już na Nią nie patrzył. Do dziś ma zdjęcie komunijne, na którym widać jej inność. Jako prezent od rodziców dostała jedynie kasetę magnetofonową. To był kolejny cios, jaki musiała przyjąć. Uciekła do swojego pokoju i popłakała się. Im była starsza, było Jej ciężej. Dzieci coraz bardziej dokuczały, zaczęła się sama  od nich izolować, bo bała się, że znów Ją wyśmieją, że będą palcami wytykać. Bała się porażki…

c.d.n. jutro