SernikStosowałam w swoim życiu wiele diet, bo jak to kobieta, wiecznie miałam do siebie jakieś „ale”. Tu za dużo, tam za mało, ciągle mi coś nie pasowało. Tym razem pokusiłam się o dietę norweską, o której wspominałam niedawno. Na szczęście dieta dobiegła końca. To nie są już te czasy, że byłam bardziej zdecydowana, że potrafiłam sobie czegoś odmówić. Latka lecą i myślę, żebym ja sobie musiała ciągle czegoś odmawiać? Przecież życie jest za krótkie, żeby rezygnować z przyjemności, ale żeby było jasne, nie siedzę przed stołem zawalonym słodyczami i nie opycham się.

Po diecie większych efektów nie ma. Schudłam zaledwie 2,5 kg, ale ta świadomość, że chleb mogę zjeść tylko chyba w dwa dni w tygodniu, że nie mogę mleka, wędliny choćby drobiowej, mnie dobija. Kurde no, przecież tak się nie da. O słodkim już nie wspomnę ;) Czasem mnie skręcało i grzeszyłam, a wtedy wiadomo, dieta nie ma sensu. Na dodatek nerwowa byłam strasznie. Najbardziej, kiedy weekend przychodził, a potem się mężowi obrywało, bo był pod ręką.

Przerosło mnie to i powiedziałam sobie nigdy więcej żadnych diet! Koniec! Żebym ja się musiała ograniczać całe życie? Pierniczę to! Będę jadła zdrowo, mniejsze porcje i też będzie dobrze. Tłuszcze ograniczę, co już robię od jakiegoś miesiąca, panierowanych kotletów nie będę robiła, będę jadła cztery razy dziennie. Do jadłospisu dołączę więcej warzyw i owoców, a także ruch każdego dnia. No, tak to jeszcze można żyć. A kiedy będę miała ochotę na słodkie, to po nie sięgnę, bez wyrzutów, ale z rozsądkiem, bo o nim nie można zapomnieć ;)

Tak sobie myślę, że dieta miała jednak swoje plusy! Polubiłam brokuły, grejpfruty i nie jem ziemniaków. Teraz czuję się wolna :)