Wtorek, był dniem badań. Wstaliśmy wcześniej, bo na 8:00 mieliśmy USG. Zaspana siedzę na korytarzu przed drzwiami pracowni. Powietrze z rana było rześkie, ale gdzieś tam zza chmur wyglądało słońce. Teraz tak już będzie, coraz chłodniej i chłodniej, aż dojdzie do najgorszego, tego białego g… padającego z nieba niczym w domku w Karkonoszach ;)

Przed nami jest jeszcze dwoje dzieci do badania, więc biorę synka na ręce i zwiedzamy sobie. Oglądamy gdzie co jest, pokazuję mu drzewka za oknem, kwiatki na parapecie. Troszkę się bawimy. Syn zainteresował się drugim niemowlakiem, nieco młodszym od niego. Wpatrywał się w chłopca tymi swoimi wielkimi oczkami i uśmiechał się. Ciekawa byłam, jak mały zniesie badanie, bo nieraz dał już pokaz możliwości swoich płuc. Przygotowałam się na ryk wręcz i wyrywanie. Nagle poproszono nas do gabinetu, a tam taka młoda i ładna lekarka. Kładę synka na leżance i czekam w napięciu na to, co ma nastąpić. Ku mojemu zaskoczeniu syn zaczyna się uśmiechać i zagadywać. Nagle patrzymy, a Jego rączka wędruje po kolanie ładnej pani doktor. Lekarka uśmiechnęła się i próbuje dalej prowadzić badanie. Syn jednak się nie poddaje i dotyka panią, a ja tylko patrzę, kiedy Jego rączka wyląduje wyżej. No na szczęście, to jeszcze nie ten etap, bo rączka daleko nie sięga ;) Syn ograniczył się w tym wypadku wyłącznie do kolana i nie przestaje czarować. Pani co chwilkę przerywa badanie i spogląda na syna, uśmiechając się. I chyba tym uśmiechem dalej młodego zachęca, bo syn nie zamierza przestać.

Badanie wreszcie dobiegło końca, więc ubieram syna i wtedy włączają się syreny. Czyżby pani doktor tak się młodemu spodobała? Spoglądamy z mężem na siebie i śmiać nam się chce.

To nie był pierwszy raz u syna. Zdarzyło się, że przymilał się do sąsiadki, dotykał piersi swojej chrzestnej( to było jeszcze przed chrztem, dobrze, że ciocia się nie rozmyśliła). Podrywacz z tego naszego urwisa, jak nic, a co dopiero będzie jak będzie starszy? Zastanawiam się, czy mam się już bać? Obym tylko za wcześnie nie osiwiała.