Nie mam łatwego charakteru. Nerwus ze mnie czasem okropny, a już dopiero jak ktoś mi na odcisk nadepnie. Oj, pluję wtedy jadem.

Cenię sobie swoją prywatność. Rzadko kiedy dopuszczę kogoś do swoich spraw. Nie lubię zatem, kiedy ludzie z buciorami wchodzą w moje życie. Nie ważne czy jest to dobra koleżanka, czy nawet ktoś z rodziny. Bronię swojej prywatności jak lwica, a i tak nie mam wpływu na pewne rzeczy. Ludzie są różni. Gadali, gadają i gadać będą, bo przecież na temat innych zawsze mają więcej do powiedzenia. Czasem wiedzą o nas więcej, niż my sami! Nie potrafię do tego przywyknąć i walczę z tym, jak mogę, a przecież jest to walka z wiatrakami.

Nieraz dochodzą mnie słuchy, że ludzie o nas gadają. Bo jak to tak, tyle lat po ślubie a jeszcze dzieci nie mają? Nie chcą czy nie mogą? Albo przyklejają nam łatkę: to są ci, co nie mogą mieć dzieci! Jakby ktoś wiedział z góry, co u nas się dzieje. W takich sytuacjach we mnie coś rośnie, najchętniej poszłabym do takiej osoby i powiedziała jej kilka słów, ale co to da? Nic, a tylko więcej będą o mnie plotkować. Potem, jak to mówi mój mąż nakręcam się. To znaczy ciągle o tym myślę. Zastanawiam się czy jednak nie ma na takich ludzi sposobu. Nigdy nie udało mi się go znaleźć. Próbuję zapomnieć, ale kiedy mijam tą osobę na ulicy(z miną mówiącą: nie zbliżaj się do mnie, bo wybuchnę) kłaniam się i idę dalej. Nie zatrzymuję się na pogawędki, a kiedy ktoś mnie zatrzyma, nie wdaję się w gadki. Odpowiadam krótko, zwięźle i na temat, po czym odchodzę. Myślę, że ludzie czują, iż ze mną nie pogadają(czytaj: nie wypytają mnie o nic). Nie raz dałam im to do zrozumienia, bo ich wścibskość nie znała granic.

Cenię sobie również swoją prywatność nawet w stosunku do rodziny, która sobie myśli, że ma specjalne względy, bo łączą nas więzy krwi. U mnie to nie działa. Nie lubię, kiedy wypytuje się mnie o sprawy osobiste. Wszystko wszystkim, ale coś w naszych czterech ścianach powinno pozostać. Kiedy sama będę chciała o czymś powiedzieć, to powiem. Nie wtrącam się w ich sprawy i tego samego oczekuję. Nie lubię, kiedy moja rodzicielka czy teściowa przyjedzie i zagląda mi do kuchni, gdy coś robię. Stoją czasem nade mną i patrzą mi na ręce. Albo oglądają różne rzeczy bez pytania, które na wierzchu nie leżą. Zdarza się to sporadycznie, ale jednak bardzo tego nie lubię. Nie chcę wyjść na jeszcze bardziej pyskatą, niż już mnie taką widzą, ale kiedyś miarka może się przebrać i po prostu zwrócę uwagę, że nie życzę sobie takiego zachowania.

Kiedy ja idę do kogoś, nie łażę po ich domu, jak po swoim, nie biorę sobie sama czegoś z szafki, robię tak tylko wtedy, kiedy ktoś sam mnie o to poprosi, a i tak czuję się nieswojo, nawet u rodziny. Po prostu u kogoś zachowuję się tak, jakbym chciała, aby ktoś zachowywał się u mnie. Wymyślam? Może ktoś powie, że tak, ale inaczej nie umiem.