Pierwszy cały wolny weekend jaki miałam spędziliśmy w rozjazdach. W sumie, to zaczęliśmy od piątku, spotkaniem z moim bratem i bratową. Czasem trzeba sobie pogadać, relacje podtrzymać, a że martini litrowe na nas dwie padło, to już mały szczegół.

DSCN8457W sobotę postanowiliśmy wybrać się do Tyskiego Browaru. Już chyba drugi rok się tam wybieraliśmy i wybrać się nie mogliśmy. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze ;) Zwiedzanie rozpoczęło się seansem filmowym w wersji 3D. Następnie słuchając przewodnika, rozpoczęliśmy naszą wędrówkę. Dowiedzieliśmy się, jak powstaje piwo, zobaczyliśmy miejsce, gdzie jest ono warzone, a także mogliśmy zobaczyć stare butelki. Byliśmy też na linii produkcyjnej, ale wszystkie maszyny stały, ponieważ były czyszczone. Na koniec odebraliśmy pamiątkowe otwieracze i zostaliśmy zaproszeni na degustację świeżego piwa. Jako, że mąż był kierowcą, ja wypiłam Jego porcję. Muszę powiedzieć, że to piwo było znacznie lepsze od tego, które kupujemy, ale tak samo moczopędne ;)

Do domu wracaliśmy czując pewien niedosyt. Myśleliśmy, że zobaczymy pracowników podczas pracy, że pokażą nam co nie co, a to było takie suche zwiedzanie, okrojona wersja.

Wczoraj natomiast wybraliśmy się na wycieczkę rowerową. Chcieliśmy wykorzystać resztki tej ładnejDSCN8557 pogody. Obiad zrobiłam wcześniej, przygotowałam kanapki, spakowaliśmy wodę i inne niezbędne rzeczy i ruszyliśmy w nasz rajd. Pogoda była super. Słońce grzało po plecach, a my pedałowaliśmy przed siebie. Odwiedziliśmy miejsce, gdzie w czasie II Wojny Światowej był podobóz Auschwitz-Birkenau. I tak jeździliśmy przed siebie, gdzie nas koła prowadziły, a kilometry rosły i rosły… Zaczęło się ściemniać, a my byliśmy jeszcze daleko od domu, wypompowani z wszelkich sił. Czasem gdzieś pobłądziliśmy i tak zleciało osiem godzin w siodle. Kiedy wróciliśmy dorwaliśmy się do złotego trunku, ale niestety, tego sklepowego. Padliśmy na fotele i odpoczywaliśmy.

Skutki tej wyprawy czujemy do dziś. W nocy z przemęczenia nie umieliśmy spać, ale było warto, bo pobiliśmy swój rekord. Padło wczoraj 80 km! W tym roku, to już chyba niestety ostatnia taka wyprawa :(